Tajlandia rowerem – poradnik

Co, gdzie, jak i za ile? Zebraliśmy w jednym miejscu wszystkie nasze porady, pomysły i doświadczenia dotyczące przygotowań, organizacji i warunków na miejscu podczas naszej wyprawy rowerowej po Tajlandii. Wyszedł całkiem spory tekst, ale też wątków do omówienia nie jest mało. Zapraszamy na „Tajlandia rowerem – poradnik” 🙂

Samolot i bagaż

Koszt biletów lotniczych kupowanych z półtora miesięcznym wyprzedzeniem wyniósł nas niecałe 2000 PLN. Skorzystaliśmy z linii Qatar Airways, która lata z warszawskiego Okęcia do Phuket z czterogodzinną przesiadką w Doha. Cała podróż trwała 17 godzin. W cenie biletu zawarty był bagaż rejestrowany o wadze do 30 kg i całkowitych wymiarach nieprzekraczających 300 cm. Warto pilnować tych ograniczeń, ponieważ przekroczenie limitu wagi skutkuje bardzo wysokimi dodatkowymi kosztami za każdy nadmiarowy kilogram. Wymiary kartonów z rowerami co prawda nie były sprawdzane podczas odprawy, ale za duże pudełko może nie zmieścić się do skanera w odprawie bagaży nadwymiarowych (nasze mimo spełnienia wymagań mieściły się do skanera tylko pod kątem).

To jak spakowaliśmy rowery do samolotu opisaliśmy tutaj – Jak spakować rower do samolotu. Pudełka bez problemu zostawiliśmy w pierwszych hotelu koło lotniska, do którego wróciliśmy na dzień przed wylotem. Hotel znajdujący się 400 m od lotniska zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce. Rowery przywieźliśmy na wózku bagażowym. Obsługa raz nam zwróciła uwagę, że nie możemy z nim wyjeżdżać poza teraz lotniska, ale po kilku zdaniach wyjaśnienia odpuścili.

 

Noclegi, hotele, warunki

Korzystaliśmy z dwóch metod rezerwacji noclegów na trasie. Pierwsza to popularny na całym świecie serwis booking.com. Druga metoda to serwis Agoda, który to serwis możemy zdecydowanie polecić. Agoda to azjatycki klon booking.com z tą różnicą, że w Tajlandii oferuje znacznie więcej obiektów hotelowych po niższych cenach. Rezerwacja większości miejsc noclegowych nie wymagała podpięcia karty kredytowej, a płatność odbywała się już w hotelu gotówką. Jedynie nieliczne hotele wymagały rezerwacji potwierdzonej kartą lub zapłaty całości podczas rezerwacji. Aplikacja mobilna posiada wygodny system filtrów, dzięki którym możemy określić maksymalną cenę w wybranej przez nas walucie, minimalną ocenę użytkowników (polecamy ustawić na początek minimum 8/10 gwiazdek) a wyniki wyszukiwania obejrzeć na mapie (bardzo przydatne podczas planowania dziennej trasy). Hoteli jest bardzo dużo szczególnie w miejscach turystycznych i miastach, ale poza nimi też można znaleźć sporo ciekawych miejsc.

Przedział cen za noclegi jest bardzo szeroki, od 30 PLN za podstawowy pokój bez specjalnych wygód, po nawet kilka tysięcy złotych za luksusowy domek z kilkoma pokojami i prywatnym basenem. Cena zależy oczywiście od standardu, lokalizacji i okresu (np. podczas święta Songkran ciężko było znaleźć sensowny nocleg na wyspie Koh Lipe poniżej 100 PLN). Zazwyczaj korzystaliśmy z miejsc za 40-100 PLN. W tej cenie można liczyć na pokój lub domek bungalow, zawsze na wyposażeniu są ręczniki, czysta pościel, wi-fi, najczęściej jest też klimatyzacja (polecamy) i ciepła woda (podczas gigantycznych upałów nie jest potrzebna, zimna woda i tak jest ciepła 🙂 ), mydło, szampon, butelki z wodą pitną, czasami lodówka, czajnik a rano śniadanie. Czystość pokoi oceniamy na dobrą lub bardzo dobrą, chociaż zdarzały się miejsca, gdzie grasowały mikro mrówki (wtedy jedzenie trzeba szczelnie chować) lub widać było, że pokój czy domek swoje lata świetności miał już dawno za sobą.

 

Waluta, bankomaty, płatności

W Tajlandii obowiązuje waluta baht (THB), którą w dużym przybliżeniu można wygodnie przeliczać 10 do 1. Czyli 10 baht to 1 złoty. Najlepiej już w Polsce zaopatrzyć się w odpowiednią ilość dolarów, które następnie wymienimy już na lotnisku na bahty. Płatność kartą jest możliwa w każdym większym sklepie np. 7-Eleven i w większych hotelach. Jest jednak sporo miejsce, ulicznych straganów czy sklepików poza miastami, które posługują się wyłącznie gotówką. My dla wygody zawsze płaciliśmy gotówką.

Bankomatów w Tajlandii jest bardzo dużo. W każdym miasteczku znajdziemy ich kilka, a czasami nawet w mniejszych wioskach znajdziemy ATM. Pamiętać należy, że każda wypłata z bankomatu obciążona jest prowizją 220 baht (25 PLN) więc najlepiej wypłacać większe kwoty (max. 10 000 baht).

Sklepy i ceny

W każdym mieście znajdziemy sklepy 7-Eleven lub FamilyMart. Są to odpowiedniki naszych Żabek i Biedronek. Dodatkowo możemy tam zjeść tosta lub podgrzanego w mikrofalówce hamburgera (jedzenie podłe, ale jedyne bezpieczne ciepłe jedzenie podczas zatrucia) oraz za darmo uzupełnić bidon lodem z automatu. Po drodze pełno jest małych prywatnych sklepików, w których zawsze znajdziemy zimną wodę i drobne przekąski.

Przykładowe ceny:

  • Obiad w barze 4-8 PLN, woda z lodem zawsze gratis
  • Obiad w restauracji lub barze w miejscu turystycznym 15-30 PLN
  • Mięsny szaszłyk 2 PLN
  • Shake lub smoothie 0,5 l z lodem, likierem lub kawą 2-3 PLN, na bazie owoców 3-8 PLN
  • Cola 0,5 l 1.5 PLN
  • Woda 1 l 1 PLN
  • Duży 4 kg arbuz 6-8 PLN
  • Kiść kilkunastu małych bananów 2 PLN
  • Tost lub hamburger w 7-Eleven 2-4 PLN

Jedzenie, zatrucia

Tajlandia znana jest z wyśmienitego jedzenia. Ulicznych barów i straganów jest bardzo dużo i w każdym znajdziemy coś dla siebie. Naszym przebojem był Pad Thai (danie z makaronem), ryż smażony, zupa na bazie mleka kokosowego lub green curry (dodatkowo warto zamówić ryż). Każde z tych dań można było zamówić z kurczakiem, wieprzowiną lub owocami morza. Zawsze do obiadu dostawaliśmy szklankę z lodem i dzbanek wody. Tajowie nie używają noża, jedynie widelca i łyżki. Wszystkie dania są tak przygotowane, aby noża nie trzeba było używać.

Sławna ostrość Tajskiej kuchni jest trochę przesadzona. Oczywiście, jeśli ktoś absolutnie nie lubi ostrych dań to warto podczas składania zamówienia powiedzieć “maj pet” co oznacza “nie ostre”. Jednak jeśli ktoś lubi ostrą kuchnię, to w Tajlandii zje smaczne i dobrze doprawione posiłki. Ostrość jest wyraźna, ale bez przesady.

Na pewno będąc w Tajlandii trzeba się przygotować na azjatyckie standardy czystości. Żaden uliczny bar czy stragan kontroli Sanepidu z pewnością by nie przeszedł. W większości jednak obiady gotowane na bieżąco był bezpieczne. Dużo też zależało od osobistej wrażliwości naszych żołądków. I tak na przykład, ja przetrwałem miesiąc bez najmniejszych problemów, jedząc i pijąc wszystko to, co lokalne kuchnie oferowały. Dopiero na 3 dni przed wylotem dopadło mnie zatrucie. Blondie z kolei zatruć mniejszych czy większych przeżyła kilka podczas całego wyjazdu. Na pewno warto zabrać z Polski zestaw leków na takie przypadki i nie bać się na zapas tajskiego street foodu.

  

Picie

Podczas jazdy przez długie godziny w pełnym słońcu (czasami Garmin pokazywał 48 stopni) ratowały nas liczne stragany z napojami z lodem na bazie owocowych likierów lub kawy. Czasami stragany oferowały, też shake zrobiony na bazie owoców. Przebojem jednak był shake “manao soda” ze świeżo wyciskanych limonek. Napoje były podawane w 0,5 l plastikowych kubkach wypełnionych kostkami lodu lub w formie zmiksowanego smoothie. My po pewnym czasie zamawialiśmy napój bezpośrednio do 1 l bidonów. Cena pozostawała bez zmian, czyli 2-3 PLN.

Nie warto kupować zimnej wody na zapas. Bidony błyskawicznie się nagrzewały i po godzinie woda była w nich już gorąca. Lepiej zimną wodę uzupełniać częściej w mniejszych ilościach w lokalnych sklepikach, których po drodze jest wiele.

Telefon, internet, Wi-Fi

Najwygodniej jest kupić Tajską kartę sim z odpowiednim pakietem danych bezpośrednio na lotnisku. Obsługa na miejscu nam taką kartę zainstaluje w telefonie i wprowadzi wybrany pakiet. Przykładowo karta na 30 dni z 6 GB internetu kosztuje 60 PLN. Pakiet zawiera również 50 kredytów na rozmowy i SMS-y. Niestety wystarcza to tylko na kilkanaście minut rozmowy do innego tajskiego numeru i kilka SMS-ów do Polski. Uzupełnić kredyty możemy w każdym sklepie 7-Eleven.

Wi-Fi jest bardzo powszechne. Dostępne jest w każdym hotelu i w wielu publicznych miejscach publicznych w miasteczkach.

 

Pogoda

Temperatury w Tajlandii potrafią wykończyć każdego. Standardem było to, że w południe Garmin pokazywał ponad 40 stopni w słońcu (rekord 48 stopni). Jazda w takich warunkach była bardzo męcząca. Gdyby nie litry wypijanych zimnych napojów z lodem jazda byłaby prawie niemożliwa.

Sytuacja poprawiała się znacznie rano i wieczorem. Rano 6 i pod wieczór po 18 mieliśmy zazwyczaj około 25 stopni. Najprzyjemniej jeździło się wczesnym rankiem. Warto pamiętać o dość krótkim dniu w kwietniu. Słońce wstaje koło 6, a zachodzi już po 18.

Przed słońcem koniecznie trzeba się zabezpieczyć kremem z mocnym filtrem. My używaliśmy filtru SPF 50, który sprawdził się bardzo dobrze.

Kwiecień to ostatni miesiąc przed porą deszczową w Tajlandii. Podczas naszego wyjazdu ta teoria sprawdziła się doskonale. Przez pierwsze 3 tygodnie kwietnia ani razu podczas jazdy nie złapał nas deszcz. Jeśli już zaczęło padać to wieczorem po 17.00 kiedy byliśmy w hotelu. Sytuacja zmieniła się całkowicie na przełomie kwietnia i maja, kiedy na Phuket padało codziennie, czasami przez kilka godzin. Jazda w deszczu wbrew pozorom wcale taka nieprzyjemna nie była. Podczas deszczu temperatura nie spadała poniżej 23 stopni a “ciepły” deszcz dawał trochę wytchnienia od palącego słońca. Na pewno nie warto zabierać ze sobą żadnych dodatkowych ubrań przeciwdeszczowych. Przy tajskich temperaturach są one bezużyteczne.

Warto jeszcze wspomnieć o dużej wilgotności powietrza. Szczególnie przejeżdżając przez obszary dzikiej dżungli, wilgotność była bardzo odczuwalna. Wrażenie było podobne do jazdy w gorącej saunie. W połączeniu z wysoką temperaturą powodowało to, że byliśmy cały czas mokrzy, od wilgoci i od potu. Świetnie sprawdził się nam czapeczki kolarskie pod kaskiem, zbierające litry potu spływające po czole. W takich warunkach problematyczne było suszenie prania. Mimo wysokiej temperatury, ubrania uprane wieczorem i wywieszone na dworze, rano były jeszcze mokre. Pranie lepiej schło w środku klimatyzowanego pomieszczenia.

Obuwie

Najwygodniejszym obuwiem na takie warunki są sandały lub japonki. Nie dość, że jest nam chłodniej w stopy to znacznie upraszczają wchodzenie do pomieszczeń, do których wchodzi się boso. A takich miejsc jest bardzo dużo. Często buty trzeba było zdejmować nawet przed wejściem do wiejskich sklepików. Genialnym pomysłem był zakup przed wyjazdem sandałów SPD (polecam, jeśli ktoś tak jak ja nie potrafi jeździć z pedałami platformowymi ;))

Język, kalendarz, czas

W turystycznych miejscach, hotelach i restauracjach bez problemu porozumieliśmy się podstawowym Angielskim. W dużej ilości barów menu było w dwóch językach, tajskim i angielskim. W mniejszych miasteczkach i wioskach bywało z tym różnie. Kilka razy byliśmy miło zaskoczeni gdy sklepikarz gdzieś na totalnym odludziu potrafił porozmawiać z nami w miarę swobodnie po angielsku. Gdy angielski zawodził, pozostawał uniwersalny język migowy, którym zawsze się dogadywaliśmy. Mimo to warto było nauczyć się kilku podstawowych zwrotów po tajski (dzień dobry, dziękuję, nie ostre), to zawsze powodowało miły uśmiech u Tajów.

Tajowie używają dwóch kalendarzy. Naszego kalendarza Gregoriańskiego oraz kalendarza Buddyjskiego, który liczy lata od śmierci Buddy, czyli 543 przed Chrystusem. 13 kwietnia podczas święta Songhram, Tajowie witali nowy 2562 rok. Kalendarz tajski był widoczny czasami na bilbordach albo w buddyjskich świątyniach, ale także w moim telefonie z Androidem, który automatycznie w przeglądarce i wyszukiwarce używał kalendarza lokalnego.

Czas w Tajlandii przesunięty jest do przodu o 5 godzin. Czyli np. mając godzinę 18 w Polsce, w Tajlandii jest 23.

Drogi, bezpieczeństwo

Przez zdecydowanie większą część naszej podróży przez południową Tajlandię czuliśmy się bezpiecznie. Głównie dzięki dodatkowym pasom przeznaczonym dla jednośladów, które są tutaj standardem. Staraliśmy się wybierać drogi jak najmniejsze, lokalne, z małym ruchem samochodowym (czterocyfrowe). Nawet na dużych ekspresówkach (np. droga nr 4) dzięki dodatkowym pasom jazda była bezpieczna.

Na zdjęciu poniżej standardowy układ jezdni, który często widzieliśmy w miastach. Zaczynając od lewej: pierwszy pas to tak naprawdę parking, drugi to pas teoretycznie dla rowerów, ale skoro rowerów tu było mało, to pas był wykorzystywany przez wszystkie jednoślady, pas trzeci i czwarty to standardowe pasy dla aut. Taki układ jezdni powodował, że nikt się nie stresował, ani my, ani kierowcy skuterów czy aut. Każdy miał wystarczającą ilość miejsca dla siebie.

 

Sytuacja wyglądała jednak inaczej na Phuket. Na wyspie dodatkowy pas dla jednośladów był rzadkością, co skutkowało tym, że auta wyprzedzały nas na przysłowiową żyletkę. Bardzo duży ruch na drogach i tajski styl jazdy spowodował, że mieliśmy kilka niebezpiecznych incydentów. Na szczęście, żaden nie skończył się wypadkiem. W połączeniu z pagórkowatym terenem i podjazdami o nachyleniu 12-16%, Phuket był przeciwieństwem bezstresowej jazdy po innych prowincjach południowej Tajlandii. Potwierdzeniem naszych doświadczeń były rozmowy z kilkoma Tajami. Uprzedzali nas, że jazda rowerem tutaj jest niebezpieczna. “Kodeks drogowy” oparty jest na zasadzie: kto jest większy, ten ma rację. My na rowerach byliśmy prawie na samym dole drogowej hierarchii zaraz za skuterami a przed pieszymi.

Jakość dróg i asfaltu w zdecydowanej większości jest bardzo dobra. Nasze grube opony 35 mm i 40 mm spokojnie moglibyśmy zastąpić bardziej szosowymi np. 28 mm.

Oczywiście nie możemy zapomnieć o tym, że w Tajlandii jest ruch lewostronny. Przyzwyczailiśmy się do niego bardzo szybko.

Planowanie trasy i nawigacja

Na co dzień korzystaliśmy wyłącznie z map dostępnych na komórki. Były to: Google Maps, OsmAndMAPS.ME. Każda z nich miała swoje wady i zalety. Google Maps świetnie radził sobie z wyszukiwaniem miejsc i atrakcji.MAPS.ME zawsze dobrze pokazywała nazwy miejscowości w alfabecie łacińskim i bardziej przejrzysty układ dróg i miasteczek. OsmAnd najlepiej pokazywał kategorię dróg.

Trasę najlepiej nam było wyznaczać za pomocą aplikacji Komoot. Jest to chyba jedyna aplikacja na komórki, która podczas wyznaczania trasy uwzględnia jakiego rodzaju rowerem jedziemy (my mieliśmy ustawiony rower szosowy), omija ruchliwe drogi, pokazuje ciekawe trasy rowerowe i miejsca a finalnie przedstawia wykres przewyższeń oraz procent wystąpienia różnych typów nawierzchni.

Do nawigacji używaliśmy Garminie Edge 1000 (trzeba pamiętać o zainstalowaniu tajskich map), która dosyć dobrze sobie radziła z wyznaczaniem trasy. Zawsze jednak trzeba było wyznaczoną przez urządzenie trasę zweryfikować z Komoot i wprowadzić odpowiednie poprawki.

Sklep i serwisy rowerowe

Tak się szczęśliwie złożyło, że nasze 1500 km przejechaliśmy bez żadnych awarii sprzętu, z wyjątkiem 8 przebitych dętek. Blondie łapała gumy czasami nawet po 3 dziennie, co doprowadziło nas do wniosku, że winna pewnie jest bardzo delikatna i miękka opona. Szukaliśmy więc sklepów rowerowych, aby uzupełnić zapas dętek i kupić mocniejszą oponę. Tym sposobem odwiedziliśmy kilka sklepów.

Sklepy rowerowe można było spotkać w każdym większym miasteczku. Wystarczyło w Google Maps wyszukać “bike shop” (sprawdźcie, czy w wynikach nie ma przypadkiem sklepu dla motocyklistów) czy “bicycle store”. Nigdy nie mieliśmy problemu z zakupem dętek (700×35-40 presta). Opon finalnie nie znaleźliśmy, ale to głównie ze względu na nasze wymagania (Schwalbe Marathon). Sklepy były dobrze wyposażone, od chińskich rowerów no-name, przez lokalne marki na normalnym osprzęcie (np. karbonowa szosa na pełnej grupie 105 za 4000 PLN), po światowe marki typu Gian czy Trek. Jeśli tylko nie macie w swoim rowerze bardzo specyficznych komponentów, to nie powinno być problemów z ich wymianą czy naprawą. Myślę też, że w razie poważniejszej awarii prawdopodobnie można by było liczyć na pomoc wielu kierowców pickupów na podwózkę do najbliższego większego miasta.

 

Transport wodny

Trzykrotnie transportowaliśmy się z rowerami drogą morską, najpierw na wyspę Koh Lipe, następnie Tarutao i na koniec z powrotem na ląd. Przeprawa odbywała się łodziami nazywanymi speed boat i faktycznie łodzie są szybkie, płyną 50-55 km/h. Zabierają około 50 osób z bagażami. Rowery ładowane są na dziób łodzi.

Ceny:

  • Pak Bara – Koh Lipe: 60 PLN + 20 PLN rower + 20 PLN wstęp do parku
  • Koh Lipe – Tarutao: 60 PLN + 20 PLN rower + 5 PLN przepłynięcie na platformę oddaloną od brzegu o 500 m łodzią long-tail
  • Tarutao – Pak Bara: 40 PLN + 15 PLN rower

Ciekawostka. W biurze Parku Narodowego Tarutao koło przystani w Pak Bara gdzie sprzedawano bilety, nie pozwolono nam zabrać na pokład rowerów. Na szczęście tuż przed halą portu gdzie też sprzedawane były bilety, już takich problemów nie robili.

Dron

Tajlandia od pewnego czasu bardzo rygorystycznie podchodzi do sprawy lotów dronem. Szczegóły możecie przeczytać tutaj (razem z dyskusją w komentarzach):

http://www.richardbarrow.com/2017/10/how-to-register-your-drone-in-thailand/

https://drone-traveller.com/drone-laws-thailand/

W skrócie wymagane jest posiadanie międzynarodowego ubezpieczenia, wypełnienia i złożenia wniosku w urzędach CAAT i NBTC oraz przestrzegania stref gdzie latanie dronem jest zakazane (wszystkie parki narodowe, większość wysp). Na rozpatrzenie wniosków zwykle trzeba czekać około trzech miesięcy. My tyle czasu nie mieliśmy więc zrobiliśmy tyle na ile czas i możliwości pozwalały. Ubezpieczenie kupiliśmy przez finansowachata.pl. Wnioski wypełniliśmy i wysłaliśmy, a wydrukowane kopie zabraliśmy ze sobą. Wbrew obawom po wylądowaniu na lotnisku Phuket, kontrola w ogóle nie zainteresowała się naszym dronem z bagażu podręcznego. Lataliśmy poza terenami objętymi zakazem i nie mieliśmy żadnych problemów. Poza wyspą Tarutao, ale o tym w kolejnym wpisie 😉

Komary, psy, malaria, szczepienia

Komary i muszki w wielu rejonach Tajlandii potrafią być bardzo dokuczliwe. Receptą na to są środki na komary dostępne w każdym sklepie 7-Eleven. Nie ma potrzeby zabierania ich z Polski. Dobrym pomysłem, jeśli nocujecie w domkach bungalow, są też powoli spalające się spiralki. Często w domkach właściciele umieszczają nad łóżkami moskitiery.

Na większości obszaru Tajlandii malaria występuje w małym stopniu. Warto jednak zabrać ze sobą Malarone.

Psy na ogół były leniwe i mało co ich interesowało. Niemniej jednak kilka razy byliśmy solidnie obszczekani. Zazwyczaj czworonogi dopuszczały pogoń po kilku metrach. Przeganialiśmy je głośno krzycząc. Mieliśmy co prawda ze sobą gaz pieprzowy, ale nigdy nie było potrzeby, aby go użyć.

Byliśmy już zaszczepieni na WZW A+B oraz dur brzuszny. W internecie można znaleźć informacje, że warto także zaszczepić się na japońskie zapalenie mózgu oraz cholerę.

Podsumowanie

Tajlandię mimo całej swej azjatyckiej egzotyki można porównać śmiało do Polski. Tak samo, jak w Polsce, nie możemy oczekiwać aby w Tajlandii sprzedawca w sklepie w małej wiosce posługiwał się angielskim (chociaż były też wyjątki). Nie możemy też spodziewać się aby każde miasteczko posiadało świetnie wyposażony sklep rowerowy zaopatrzony w najnowsze zdobycze techniki. Z drugiej strony w Tajlandii tak samo jak w Polsce w każdej wiosce będzie kilka sklepów spożywczych, w mniejszych miasteczkach bez problemu znajdziemy aptekę czy przychodnię i lekarza. Tanie karty sim i świetny zasięg pozwala na swobodne korzystanie z telefonu i internetu. Bankomaty można spotkać myślę częściej niż w Polsce.

Powyższy poradnik powstał po naszej miesięcznej rowerowej wyprawie w kwietniu 2018 po południu Tajlandii (prowincje Phuket, Phang Nga, Krabi, Trang, Satun, Songkhla, Phatthalung, Thammarat oraz po kilku wyspach). Warto to mieć na uwadze, gdyż niektóre warunki mogą się różnić w pozostałych obszarach kraju lub w innym okresie.

              


Pozostałe wpisy o Tajlandii: