Tajskie heheszki czyli problemy Polaków w Tajlandii. Część pierwsza.

Ciepło – zimno

Któregoś pięknego dnia jadąc w południe, wywiązała się między nami następująca rozmowa:

Blondie: Jakoś chłodniej dzisiaj jest prawda? Przyjemnie się jeździ.
Mario: Faktycznie chłodno.
Blondie: Ile mamy stopni na Garminie?
Mario: Poczekaj, sprawdzam… 38…
Blondie: Aha… (śmiech)

Jaki morał z tego? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Albo raczej próg smażenia zależy od granicy przekroczenia. Czy jakoś tak 😉 Faktem na pewno jest, że po kilkunastu dniach jazdy w 40-48 stopniach w słońcu, 38 stopni wydaje się przyjemne 😉

Szkło, którego nie ma

Mieliśmy pecha jeśli chodzi o dętki. Właściwie Blondie miała, ale z racji, że za wymianę dętki w większej mierze odpowiadałem ja, to było też moje utrapienie. Były dni, gdy Blondi łapała trzy gumy dziennie. Masakra. Oczywiście sprawdzaliśmy dokładnie za każdym razem oponę czy od środka nic nie jest wbite. Nie było. Dętki puszczały. Doszliśmy w końcu do wniosku, że to pewnie wina opon z dosyć miękkiej gumy. Czasami na bocznych pasach znajdowało się potłuczone szkło, które w połączeniu z kiepską oponą było według nas przyczyną problemów. Nawet już mocno sfrustrowani odwiedziliśmy kilka sklepów rowerowych w celu zakupienia nowych opon z lepszej gumy i z wkładkami antyprzebiciowymi. Było kilka do wyboru, ale Schwalbe Marathon brak.

W końcu któregoś dnia już po 8 czy 10 przebitej dętce usiadłem na spokojnie i przez pół godziny oglądałem oponę. Bingo! Wbite było malutkie szkło, ledwo widoczne od zewnętrznej strony opony i kompletnie niewyczuwalne od strony wewnętrznej. Po usunięciu, założeniu i napompowaniu przez kolejny tydzień aż do odlotu dętka trzymała idealnie.

Wnioski: trzeba bardzo dokładnie sprawdzać oponę i być przygotowanym na potłuczone szkło (moje Marathon Plus Tour ani razu nie zawiodły)

5555 !!!

Będąc w Tajlandii korespondowaliśmy poprzez Messengera z lokalnym strażnikiem parku, którego poznaliśmy parę godzin wcześniej. Rozmawialiśmy generalnie o rygorystycznych przepisach dotyczących lotów dronem. Zostaliśmy upomniani, że lot który wykonaliśmy tego dnia był nielegalny. Rozmowa przebiegała ogólnie rzecz biorąc miło ale my byliśmy nieźle przestraszeni. Baliśmy się konsekwencji, kary lub utraty nagranego materiału. Nasz rozmówca kilka razy wplatał do rozmowy tajemniczą liczbę 5555. Będąc w stresie przypuszczaliśmy, że chodzić może albo o jakiś przepis numer 5555, albo karę 5555 baht. Nie mieliśmy odwagi zapytać. Z pomocą przyszedł wujek Google. Okazało się, że Tajowie wymawiając liczbę 5555 mówią “ha ha ha ha” 🙂 55, 555, czy 5555 to ich skrót na określenie śmiechu. Przecież to takie oczywiste 😀

Wariatkowo

Noclegi rezerwowaliśmy przez aplikację Agoda. To taki azjatycki odpowiednik Booking.com. Aplikacja bardzo ładnie pokazuje zdjęcia hotelu, pokoju oraz listę wyposażenia (klimatyzacja, rodzaj łóżka itp.). Niestety nie pokazuje jednej rzeczy. Będąc w prowincji Trang dotarliśmy do naszego hotelu, całkiem dużego i ładnego. Pięknie ubrana w tradycyjne szaty pani na recepcji (był przeddzień święta Songkran) wręczyła nam kluczyki i pokierowała do pokoju. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po wejściu okazało się, że nasz pokój co prawda schludny i przestronny nie posiadał bardzo ważnej jednej rzeczy. Nie było okien! Wariatkowo! Był to normalny pokój hotelowy z łazienką, klimatyzacją i innymi wygodami, ale bez okien. Po naszym sprzeciwie pani z recepcji zadzwoniła do szefa i na szczęście pokój z oknami dla nas znalazła. Do dzisiaj nie wiemy, czy okna są opcją wyposażenia dodatkowego w aplikacji Agoda 😀

 

Dobry interes?

Ile byście dali za nową karbonową szosę na karbonowych kołach na pełnej grupie 105? 8, 10, 12 tys.? W Tajlandii możecie taką mieć za jedyne 4 tys. PLN!

Smutne kolory tęczy

Z racji tego, że jedna z moich cywilnych koszulek poległa usmarowana smarem podczas wymiany dętki zakup nowej stał się koniecznością. Na jednym z bazarów w oko wpadła mi wakacyjnie-kolorowa koszulka. Taka farbowana w spiralny tęczowy wzór. Cena 20 zł była do przyjęcia. Problem pojawił się podczas pierwszego prania. Woda w umywalce w ciągu kilku sekund zamieniła się w ciemną ciecz. Spływały wszystkie kolory. Sytuacja powtarzała się z taką samą intensywnością podczas wielu kolejnych prań. Finalnie koszulka wylądowała w koszu. Szkoda. Ładna była.

 

Trzy najczęściej zadawane pytania

Spotykani Tajowie zawsze na początku rozmowy pytali nas skąd jesteśmy. Zaraz potem padało pytanie gdzie jedziemy. Standard. Nieźle jednak byliśmy zdziwieni, gdy okazało się, że trzecim najczęściej zadawanym pytaniem było to ile kosztują nasze rowery. Za pierwszym razem, gdy pytanie padło z ust dosyć niepewnego przechodnia byliśmy trochę przestraszeni. Z czasem to samo pytanie zadawali zupełnie inni ludzie, spotkany nauczyciel, strażnik parku, obsługa hotelowa. Do końca tego nie rozumieliśmy. Jednym z naszych przypuszczeń było to, że Tajowie pytając o wartość rowerów absolutnie nie mieli złych zamiarów, a to jakim samochodem się jeździ czy też ile warte były nasze rowery są wyznacznikiem pewnego statusu i jest to powód do dumy a nie niepotrzebnej skromności. To chyba my w Polsce mamy skłonność umniejszania naszych osiągnięć z kolei w Tajlandii zgromadzony majątek jest oznaką zaradności i przedsiębiorczości.

Samoobsługowa restauracja

Dobrym zwyczajem jest to, że będąc w obcym kraju wchodzi się do restauracji gdzie jest dużo lokalsów. Daje to gwarancję, że jedzenie w takim miejscu jest smaczne, świeże i tanie. Będąc w Phang Nga znaleźliśmy takie miejsce. Tłum wylewał się aż na ulicę. Harmider straszny. Jakoś cudem znaleźliśmy wolny stolik i szczęśliwi czekaliśmy na menu. Zamiast menu na naszym stole postawiono spory, żeliwny kociołek. W środku palił się węgiel a na górze znajdował się ruszt z rynienką z wodą dookoła. Okazało się, że w tej restauracji klient jedzenie przyrządza sobie sam 🙂 W głębi lokalu znajdowały się składniki. Na kilku dużych stołach rozstawione był owoce morza, różne mięsa, szaszłyki, tofu, warzywa, grzyby, ryż, makarony, jajka, przyprawy, sosy i masa innych składników, które ciężko nam było zidentyfikować. Do tego nieograniczona ilość coli, fanty i wody. Oczywiście z lodem.

Tajowie przy sąsiednich stolikach wyczyniali cuda. Wiedzieli dokładnie co trzeba ugotować w wodzie a co przysmażyć na ruszcie. Składniki łączyli, doprawiali, obrabiali. Ich stoły uginały się od co chwila przynoszonych kolejnych miseczek ze składnikami. My takiej wprawy, wiedzy i umiejętności co prawda nie mieliśmy, trochę podglądaliśmy sąsiadów i uczyliśmy się na bieżąco, ale finalnie i tak zjedliśmy dużo za dużo (bardzo dobrego jedzenia). Poniżej macie linka do mapy. Polecamy 🙂
https://goo.gl/maps/9x5wNRLf5fA2

 

Tajemnica wiecznego lodu

Duże skrzynie z lodem obecne był niemal wszędzie, w barach, sklepach, straganach. Zastanawialiśmy się przez dłuższy czas, skąd Tajowie biorą ten lód. Czy sami wytwarzają na własne potrzeby? Czy może jest to bardziej zorganizowany biznes? Zagadka rozwiązała się, gdy odpoczywaliśmy w jednym z małych rodzinnych sklepików i próbowaliśmy rozmawiać po angielsku z właścicielem, którego żona zmusiła, aby z nami poćwiczył obcy język 😉 W każdym razie do sklepu podjechał spory ładnie oklejony ciężarowy samochód wypełniony workami z lodem. Właściciel sklepu powiedział ile worków potrzebuje, po czym kierowca przesypywał odpowiednią ilość do lodówki. Samochód spotkaliśmy jeszcze kilka minut później przy innym sklepie. Biznes.

Na zdjęciu deser zrobiony ze skruszonego lodu i owocowych żelków. Blondie rekomenduje 🙂


Pozostałe wpisy o Tajlandii: