Wisła 1200 – relacja

Nie wiem co mnie podkusiło do pierwszego w życiu startu w ultramaratonie. Może to, że miała to być piękna gravelowo – bikepackingowa przygoda, wzdłuż pięknej rzeki, po pięknych trasach. Rzeczywistość okazała się brutalna i bolesna. O tym poniżej 🙂 Wisła 1200 – relacja

Wisła 1200 – relacja

“Po raz pierwszy w Polsce gravelowy ultramaraton. Prawie 1200km wzdłuż Wisły – bez wsparcia z zewnątrz. Od źródeł na Baraniej Górze do ujścia w Gdańsku.” – http://wisla1200.pl/

 

Organizacja

Bardzo dobra. Udało mi się zarezerwować normalny nocleg w Schronisku na Przysłopie, które to było centrum startu maratonu. Wiele osób nocowało w namiotach dookoła schroniska lub w okolicznych hotelikach. Samo schronisko jest duże i wyremontowane. Wieczorem przed startem dostałem pakiet startowy, który składał się z:

  • Nadajnika GPS. Bateria starczała na około 3 dni. Trzeba było ją doładowywać podczas maratonu. Organizator wysyłał smsy do zawodników, których nadajniki się rozładowały. Pozycję każdego zawodnika można było śledzić na mapie
  • Powerbanka na 4 baterie AA (baterie kupowane we własnym zakresie). Do ładowania komórki średnio się nadawał, ale dla nadajnika GPS był wystarczający
  • Czapeczki kolarskiej z indywidualnym numerem
  • Buffa w barwach maratonu
  • Suszonej wołowiny od sponsora 😉 Przydała się kilka dni później w chwili kryzysu.
  • Wieczorem w ramach wpisowego można było zjeść spaghetti bolognese lub ze szpinakiem oraz ciasto
  • Rano dostaliśmy prowiant na drogę: bułki z serem lub wędliną i banany

Start maratonu równo o 8 rano w piątek. Pierwsze kilka kilometrów do podjazdu przejechaliśmy za pilotem.

Na mecie w Gdańsku organizator miał rozstawiony duży namiot czynny cały tydzień. Po dojechaniu do mety każdy dostał medal oraz kupon na obiad i piwo w pobliskiej restauracji. Była też możliwość wzięcia prysznica w hotelu obok.

Nawigacja

Na stronie organizatora był do ściągnięcia plik GPX ze śladem trasy. Każdy zawodnik był zobligowany do dokładnego trzymania się tej trasy. Urządzenie do nawigacji każdy musiał zorganizować sobie sam. Część osób jeździła na Garminach a część korzystała z komórek.

Praktycznie wszyscy, z którymi jeździłem, nie znali trasy. Nie było możliwości zaplanowania gdzie danego dnia się dojedzie. Trasa każdego dnia była niespodzianką.

Noclegi

Co zawodnik to inne podejście. Liderzy, którzy ukończyli maraton poniżej 3 dni w ogóle nie spali albo mieli, krótkie drzemki gdzieś na przystankach. Część osób spakowała się minimalistycznie i do spania mieli tylko matę, tarpa czy hamak. Cześć, w ogóle nie planowała noclegów pod chmurką i szukali po drodze hoteli. Sporo też osób jechało z bardzo obładowanymi rowerami i dużą ilością sprzętu kempingowego.

Ja zabrałem w miarę lekki namiot, śpiwór i matę. Skorzystałem tylko pierwszej nocy. Każdego kolejnego dnia wieczorem marzyłem o prysznicu i miękkim łóżku 🙂 Noclegi rezerwowałem pod wieczór jak już wiedziałem gdzie uda mi się dojechać. Zawsze po dojechaniu do hotelu (najtańszego lub jedynego w okolicy) okazywało się, że jest już tam gromada zawodników 🙂

Sakwy

Duża część jechała zapakowana w torby bikepackingowe, ale było też bardzo dużo osób ze standardowymi sakwami na tylny bagażnik. Współczuję im i jednocześnie podziwiam. Podejrzewam, że sakwy średnio się spisywały podczas przedzierania przez krzaki, wpychania roweru na wzniesienia czy przerzucania przez barierki. Widziałem jednego z zawodnika z jednokołową przyczepką.

Ja zapakowany byłem w torby bikepackingowe od Apidury. Niestety były załadowane pod korek i podczas wyścigu sprawiały trochę problemów. Tylna torba przez niewłaściwe upchanie sprzętu kilka razy opadała, obcierając o tylne koło. Efekt dziura na spodzie torby. Dodatkowa torebka przypinana do torby na kierownicy także przez spory ciężar zawartości lubiła opaść i obcierać o przednie koło. Przez większość czasu jechałem z dodatkowymi pasami podnoszącymi torbę do góry. Problem miałem także z suwakiem w framebagu. Znów za dużo bagażu. Suwak potrafił się zaciąć. Lekcja na przyszłość: mimo że po spakowaniu na spokojnie w domu wszystko w sakwach się idealnie mieściło, to podczas wyścigu nigdy tak dobrze już zawartości się nie ułoży. Trzeba mieć odpowiedni zapas miejsca w każdej torbie.

Rowery

Można było zobaczyć cały przekrój typów rowerów. Dużo było graveli na cienkich i grubych oponach. Dużo zwykłych MTB, kilka z pełnym zawieszeniem. Sporo standardowych rowerów turystycznych. Było też kilka fatbike-ów (na niektórych fragmentach za fatbike-a oddałbym wszystko 😉 ).

Ja jechałem na gravelu z cienkimi 35 mm oponami i to był poważny błąd. Z drugiej strony czołówka też jechała na gravelach więc wydaje się, że to najszybszy rower na tą trasę tylko wymaga odpowiedniego zawodnika 😉

Miałem zamontowaną lemondkę i był to strzał w dziesiątkę. Ciężko mi sobie wyobrazić jazdę tak długich dystansów bez lemondki. Nie dość, że na asfaltach pozwalała jechać szybciej, dawała odpocząć dłoniom, to najważniejsze pozwalała poprzez zmianę pozycji ciała odpocząć czterem literom. Pod koniec maratonu jechałem na lemondce nawet po szutrze i w miarę równej trawie, aby tylko tyłek mniej bolał 😉

Na czym jechali zwycięzcy

Mężczyźni:

Kobiety:

Co zabrałem

  • Rower Specialized Diverge Comp z oponami Continental Cyclo X King 35 mm
  • Torby APIDURA

Nocleg:

  • Namiot Fjord Nansen Tordis I (niepotrzebnie) 
  • Śpiwór Cumulus Lite Line 300 (niepotrzebnie)
  • Mata Mammut Light Pump Mat UL (niepotrzebnie)
  • Poduszka dmuchana (niepotrzebnie)
  • Dodatkowa plandeka 2×1 metra (niepotrzebnie)

Ubrania:

  • Dwa zestawy ubrań rowerowych
  • Bluza rowerowa
  • Skarpetki
  • Spodenki krótkie wodoodporne Endura
  • Kurtka wodoodporna Endura
  • Skarpetki wodoodporne Dexshell
  • Czapeczka kolarska
  • T-shirt bawełniany
  • Slipy
  • Klapki
  • Okulary przeciwsłoneczne
  • Okulary przezroczyste do jazdy w nocy
  • Kask
  • Buty SPD

Higiena:

  • Ręcznik
  • Szczoteczka i pasta do zębów
  • Dwa szampony hotelowe
  • Dezodorant (niepotrzebnie)
  • Mugga (niepotrzebnie)
  • Chusteczki mokre
  • Chusteczki suche
  • Apteczka

Elektronika:

  • Powerbank Anker PowerCore+ 13400
  • Kable usb
  • Ładowarka (lepsza była by tak a z kilkoma wyjściami USB)
  • Latarka Nitecore MH20 + zapasowa bateria
  • Dwa światełka BTWIN
  • Kamerka GoPro+ zapasowa bateria
  • Garmin
  • Słuchawki
  • Telefon

Narzędzia:

  • Pompka
  • Dwie dętki
  • Łatki do dętek
  • Łyżki do opon
  • Smar do łańcucha
  • Spinki do łańcucha
  • Klocki hamulcowe
  • Multi tool rowerowy ROSE Bikes
  • Multi tool Leatherman Squirt PS4
  • Linka elastyczna
  • Nici i igła
  • Power tape
  • Opaski zaciskowe
  • Dwie taśmy z klamrami
  • Zapięcie rowerowe
  • Taśma izolacyjna
  • Dwie zapasowe szprychy

Dodatkowo:

  • Mini plecak Quechua
  • Bidony Camelbak 710 m

Trasa

Plusy

  • Trasa wiodła cały czas najbliżej jak się da wzdłuż Wisły.
  • Zawierała wiele pięknych fragmentów. 80 % trasy bym nie zmienił.
  • Zawierała kilka technicznych odcinków (np. od Świdra w kierunku Warszawy) trudnych do przejechania, ale dających satysfakcję.
  • Zawierała kilka pieszych przepraw (np. wspinaczka na Góry Pieprzowe), które urozmaicały maraton.
  • Zawierała około 500 km asfaltów, które pozwalały odpocząć. Genialna była Wiślana Trasa Rowerowa za Krakowem. Asfalty były błogosławieństwem szczególnie po kilku godzinach jazdy po trawie lub płytach betonowych.
  • Zawierała sporo szutrów. Część równych i szybkich, część bardziej wyboistych. Wszystkie świetne do jazdy.

Minusy

  • Trasa prowadziła bardzo często wałami, które nie miały żadnej ścieżki (np. wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego). Oznaczało to jazdę po wybojach i przedzieranie się przez wysoką trawę i krzaki. Znośne przez pierwsze 10 min, ale po 2 h człowiek dostawał szału.
  • Było kilka długich odcinków po płytach betonowych. Szczególnie te z dziurami na północ od Dęblina potrafiły wyssać całą energię.
  • Trasa omijała kilka ciekawych miejsca i miejscowości, które były trochę oddalone od rzeki lub znajdowały się po jej drugiej stronie. Zrozumiałe z punktu widzenia maratonu. Jeśli ktoś liczył na wycieczkę krajoznawczą to mógł się trochę zawieść.
  • Na trasie dużo było miejsc nieprzejezdnych z powodu piasku.
  • Pchanie roweru po piasku przez 2 km do ujścia Wisły na sam koniec maratonu było traumatycznym przeżyciem. Podobno można było ten odcinek przejechać betonowym nabrzeżem (odpowiedniej ścieżki nie znalazłem).
  • Techniczny odcinek za Świeciem był prawdopodobnie ciekawy dla wszystkich, którzy jechali przed opadami deszczu. Po deszczu trasa zamieniła się w gigantyczną błotną ślizgawkę. Pokonanie tych 3 km zajęło mi 1,5 h!

Maraton określany był jako gravelowy. Mimo że szutrów, ubitych leśnych ścieżek i asfaltów było dużo to jednak trasa zawierała wiele odcinków “specjalnych”, pieszych i piaszczystych. Organizator prawdopodobnie chciał poprowadzić maraton jak najbliżej Wisły niezależnie czy są tam drogi i w jakim stopniu są one przejezdne. Część z nich była ciekawa, ale część niestety męcząca. Wszystkie długie odcinki po trawie lub płytach to odcinki, na które sam nigdy bym na dłużej niż 10 min nie wjechał. Były po prostu bardzo męczące i nie dawały nic w zamian, żadnych widoków, żadnej satysfakcji z pokonania odcinka.

Z drugiej strony jechałem na cienkich oponach i każda nierówność była bardzo odczuwalna. Osoby jadące na grubych oponach i z amortyzacją wszystkie te nierówności odczuwały zdecydowanie mniej. Jest dużo osób, które nie narzekały na trasę i bardzo im się podobała.

Tak czy inaczej, określenie maratonu jako gravelowy jest trochę mylące. Bardziej by pasowało określenie ultramaraton gravelowo – przeprawowy 😀

Odcinki specjalne

Lista męczących długich odcinków po trawie lub betonie oraz techniczne single. Te które zapamiętałem, a że mózg na wertepach mocno mi wytrzepało to mogłem o czymś zapomnieć (jak coś pokręciłem proszę o info). Pominąłem wiele krótkich fragmentów piasku, powalonych drzew, trawiastych wałów czy innych przeszkód – zresztą kto by jest spamiętał 🙂

  • 53-61 km. Jezioro Goczałkowickie. Długi odcinek po wale i dziewiczych wysokich trawach.
  • 145 km. Piesze podejście na skarpę
  • 397 km. Piesze strome podejście na Góry Pieporzowe za Sandomierzem
  • 431 – 440 km. Kilka asfaltowych stromych podjazdów.
  • 531 – 577 km. Od Dęblina. Długie odcinki po dziurawych płytach betonowych
  • 628 – 641 km. Single od Świdra do Warszawy. Kilka razy trzeba było zejść z roweru.
  • 696 km i okolice. Za Modlinem. Single, wąwozy, piach
  • 736 – 746 km. Betonowe płyty
  • gdzieś między Włocławkiem a Toruniem oraz za Toruniem. Dużo piachu
  • 977 – 980 km. Za Świeciem. Singiel. Miejscami pieszy. Podejścia. Po deszczu dużo śliskiego błota
  • 1082 – 1110 km. Od Tczewa. Trawa, trawa i jeszcze raz trawa

Jedzenie i picie

Dni z dystansem 170 km – 220 km to spalone ponad 5 000 kcal. Sporo. Jedzenie kupowałem w mijanych wiejskich sklepach i na stacjach.

Bidony miałem dwa po 700 ml. Okazały się niewystarczające. Już pierwszego dnia jechaliśmy długi odcinek bez żadnych sklepów po drodze. Wody zabrakło. Przez kolejne dni wiozłem cały czas ze sobą dodatkową butelkę z jakimś piciem.

Problemy i błędy

  • Stery. Pierwszego dnia zaraz po zjechaniu z asfaltu zaczęło coś trzeszczeć w okolicach mostka. Na początku odgłos pojawiał się po naciśnięciu na prawą stronę kierownicy. Po trawach nad Jeziorem Goczałkowickim kierownica trzeszczała głośno już cały czas. Musiałem zjechać do Oświęcimia gdzie w serwisie rowerowym chłopaki rozebrali stery, wyczyścili, nasmarowali, dokręcili i dali jeszcze jakieś podkładki. Problem zniknął. Na szczęście ani rama, ani widelec czy łożyska nie zostały uszkodzone.
  • Złapałem jedną gumę pierwszego dnia (szkło). Samo złapanie gumy to nie był żaden problem, ale niestety podczas odwracania roweru do góry kołami razem z całym dobytkiem rozwaliłem sobie plecy
  • Plecy. Powróciły problemy z kręgami. Dobrze że miałem ze sobą Mydocalm i środki przeciwbólowe. Po 2-3 dniach problem zniknął, ale początkowo był bardzo uciążliwy.
  • Kolana. Od czwartego dnia zaczęły boleć kolana. Ból inny i nieznany. Prawdopodobnie powodem była jazda na stojąco (aby zamortyzować wertepy), przepychanie siłowe korby i zmęczenie. Apogeum nastąpiło piątego dnia, kiedy ratunkiem był już tylko bardzo silny lek przeciwbólowy. Jechałem bardzo ostrożnie i delikatnie, na podjazdach czy w trudnym terenie schodziłem z roweru i go pchałem. Szóstego i siódmego dnia było już lepiej, ale cały czas musiałem oszczędzać kolana.
  • Alergia. Dopadła mnie z niesamowitą siłą. Normalnie jedna tabletka na alergię załatwia sprawę. Podczas maratonu nic nie było w stanie odetkać mojego nosa. 3 tabletki plus spray do nosa nie pomagały. Konieczne były częste przystanki na udrożnienie nosa 🙂
  • Tyłek. Zakładałem, że po spędzeniu miesiąca w siodle w Gruzji tyłek mam już zahartowany. Myliłem się 🙂 Od drugiego dnia ból był tylko coraz większy. Możliwe, że przyczyną była jazda 6 h w deszczu i mokrych spodenkach podczas pierwszego dnia. Ratowałem się Sudocremem kupionym po drodze w aptece. Trochę pomagał.
  • Kofeina. Od miesiąca nie piłem kawy i także podczas maratonu zapomniałem o kofeinie. Przypomniałem sobie dopiero szóstego dnia gdy pierwszą część dnia przejechałem z bolącą głową i totalnie bez energii. Po obiedzie zasypiałem za kierownicą. Po wypiciu 3 małych energetyków błyskawicznie motywacja i energia wróciła. Dostałem niesamowitego kopa. Wniosek: podczas długich maratonów warto pomyśleć o kofeinie i wozić 1-2 puszki energetyka zawsze ze sobą.
  • Ładowanie elektroniki. Zabrałem ze sobą jeden powerbank 13000 mAh i jedną ładowarkę. Problemem było naładowanie w ciągu nocy powerbanka, telefonu, garmina, kamerki, latarki i światełek. Przydała by się ładowarka z kilkoma wyjściami USB.

Co nie zawiodło

  • Kondycja. Mimo różnych problemów zdrowotnych i ogólnego zmęczenia myślę, że moja kondycja była dobra. Nigdy nie miałem sytuacji totalnego braku siły czy bólu mięśni nóg. Na pewno pomagało jechanie cały czas w umiarkowanym tempie.
  • Zabezpieczenie przed deszczem. Ubrania przeciwdeszczowe i dodatkowe torby z materiałów nieprzemakalnych zdały egzamin. Same torby bikepackingowe nie były wodoodporne.
  • Zamontowanie lemondki było genialnym pomysłem. Nie miałem problemów z dłońmi ani nadgarstkami. Lemondka pozwalała odpocząć rękom i tyłkowi.
  • Skompletowany sprzęt, narzędzia, części zapasowe i ubrania. Zestaw optymalny.
  • Sporą pomocą i motywacją było jechanie w grupie. Od trzeciego dnia jechałem z dwoma mocnymi zawodniczkami. One w terenie na MTB jechały zdecydowanie szybciej niż ja i dawały dodatkową motywację. Ja za to odwdzięczałem się kołem na asfaltach 🙂 Generalnie ludzie, których mijałem na trasie albo z którymi jechałem fragmenty byli fantastyczni, uśmiechnięci, jechali na luzie i bez spiny, ale z silną motywacją. Łączyła nas wspólna nienawiść do trasy 😀 Atmosfera świetna!

Co bym zmienił

  • Znając trasę na pewno wybrałbym rower MTB na oponach z umiarkowanym bieżnikiem plus lemondka.
  • Nie zabierałbym ze sobą sprzętu kempingowego.
  • Przygotował rozpiskę trasy ze sklepami, stacjami, hotelami i odcinkami “specjalnymi”.
  • Zabrałbym większe bidony albo dołożył trzeci.
  • Zabrałbym ładowarkę na kilka USB.
  • Zadbał odpowiednio wcześniej o smarowanie czterech liter.
  • Zabrał maść na kolana i większą ilość leków przeciwbólowych.
  • Pił regularnie energetyki.
  • Możliwe, że pierwsze dwie doby przejechałbym bez snu. Niedługo za Krakowem jechało się długo  dobrymi asfaltami (Wiślana Trasa Rowerowa), które spokojnie można by przejechać nocą.

Gdyby to wszystko zagrało, to byłaby spora szansa o skrócenie czas u o jedną lub dwie doby.

Tak czy inaczej, mój pierwszy ultramaraton uważam za udany. Udało się spełnić dwa cele. Pierwszy to pokonać całą trasę bez względu na czas. Drugi to zmieścić się w limicie 200 h. Finalnie całość przejechałem w czasie niecałych 156 h co dawało jeszcze spory zapas. Przed maratonem przyjąłem plan jazdy codziennie minimum 150 km. W ciągu pierwszych trzech dni uzyskałem zapas 120 h, który pozwolił przez kolejne słabsze dni jechać bezstresowo krótsze dystanse.

To była niesamowita przygoda. Cieszę się, że wystartowałem i pokonałem tą trasę. Wiedząc jednak wcześniej co mnie czeka zastanowiłbym się dwa razy (albo trzy) 

Rozpiska dzień po dniu

Na zakończenie film z całej trasy